Anglia, Szkocja, Walia

Do Szkocji wybraliśmy się późna jesienią, bo w końcówce października. Jak się później okazało był to idealny wybór, ponieważ kolory przyrody oraz klimat jaki tam panuje o tej porze roku są po prostu niepowtarzalne. Dawno żaden kraj nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Wydawało mi się, że im więcej podróżuję, tym mniejszy jest „efekt WOW”. Szkocja natomiast rzuciła mnie na cyce. Ale od początku….

Do Wielkiej Brytanii wybieramy się w czteroosobowym składzie – Paweł, Ania, Boguś oraz moja (nie)skromna osoba. Boguś to weteran jeśli chodzi o góry Wielkiej Brytanii, bo nie dość, że każdą z nich zaliczył, to jeszcze zjechał z nich na rowerze.

Dzień 1 – Edynburg

W Edynburgu lądujemy 19.10.2018 w godzinach nocnych. Niestety nie zdążyliśmy przed zamknięciem wypożyczalni samochodów, więc czeka nas noc na przytulnych ławeczkach w wypożyczalni. Budzimy się koło 7:00 wraz z nadejściem obsługi i po kilku chwilach udaje nam się wypożyczyć samochód. Dzisiaj w planie zwiedzanie Edynburga, więc znajdujemy parking pod Fotelem Króla Artura (Arthur’s Seat – wznosi się na wysokość 251 metrów, skąd doskonale widać panoramę miasta i zatoki Forth. Jest to bardzo popularne miejsce spacerowe, oddalone zaledwie o 1,5 km od edynburskiego zamku)

Wdrapujemy się na wierzchołek po czym ruszamy w stronę centrum na śniadanko. Od tej pory codziennie rano serwować będziemy sobie scottish lub english breakfast. Właściwie nie wiadomo dlaczego, gdyż tylko ten kto jadł jest w stanie sobie wyobrazić jak ohydny jest sausage, ale cóż…

Spędzamy kilka godzin w Edynburgu zwiedzając stare miasto, muzeum whisky, National Museum of Scotland (Są szkielety dinozaurów, w tym tyranozaura ; owieczkę Dolly i parę innych ciekawych eksponatów. Na dodatek muzeum jest turbo interaktywne – polecam wybrać się z dziećmi). Po kilku godzinach zbieramy się, bo przed nami długa droga do Fort William, czyli miejsca, z którego startujemy na najwyższy szczyt Szkocji, jak i całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis. Nocleg mamy zarezerwowany W Glen Nevis Youth Hostel – u samego podnóża góry. Ceny noclegów w Wielkiej Brytanii biją po kieszeni – trzeba liczyć się z wydatkiem od 15 funtów za tani hostel do 30 za popularne tutaj B&B.

Dzień 2 – Ben Nevis

Wstajemy rano pełni energii i…. leje jak cholera. Jemy breakfast i czekamy aż deszcz choć trochę zelżeje. Koło 11 pojawia się nadzieja – przestało lać, teraz tylko pada. Zakładamy przeciw deszczówki i ruszamy. My startowaliśmy z naszego noclegu tzn. z Glen Nevis Youth Hostel ale oficjalny szlak rozpoczyna się w Ben Nevis Visitor Centre.

 

Szczyt cały w chmurach i to niestety się już nie zmieni. Im wyżej podchodzimy, tym piękniejsze widoki na horyzoncie – malownicze doliny, potoki, jeziora, wodospady – no i oczywiście góry „przyprawione” jesienią robią na nas olbrzymie wrażenie (jaka kurde szkoda, że nie umiem robić zdjęć). Wszystko kończy się mniej więcej w 2/3 drogi, gdyż wchodzimy w chmurę. Od tej pory zero widoków, zimno, mokro, wietrznie i ogólnie tak 2/10. Byle do szczytu. Po niecałych 3 godzinach meldujemy się na wierzchołku. Kilka fotek i na dół bo aura delikatnie mówiąc nie sprzyja. Gdy schodzimy poniżej chmur wychodzi słońce. Teraz krajobraz jest po prostu bajkowy. Oczy szaleją. Jest tu tak zjawiskowo, że aż nie chce się schodzić. Dla urozmaicenia zmieniamy trochę trasę. Ogólnie szlak jest prosty, czytelny, widoczny i nie da się pogubić czy pobłądzić. We mgle trzeba jednak uważać gdyż jest po drodze kilka urwisk, gdzie można zaliczyć lot bezpośrednio w zaświaty (tak, na Ben Nevis zbiera ofiary śmiertelne i nie można go lekceważyć). Do hostelu schodzimy po około 5 godzinach od startu. Wcinamy giga porcję makaronu z sosem przygotowanego przez Anię i świętujemy zdobycie szczytu „angielską wódą na myszach”.

Dzień 3 – Loch Ness, Wyspa Skye

Zrywamy się skoro świt i po „wspaniałym” scottish breakfast ruszamy zwiedzać. Dzisiaj na tepecie Loch Ness i Wyspa Skye. Na początek docieramy do Loch Ness Centre & Exhibition w Drumnadrochit. Bardzo ciekawe miejsce. Spodziewałem się, że będą robić biznes na potworze z Loch Ness, natomiast prezentacja i historia potwora przedstawiona bardzo rzeczowo i bez ściem – jak jesteście w pobliżu zachęcam. W drodze na wyspę Skye zahaczamy jeszcze o Zamek Urquhart (tak, ten z widokówek), oraz Eilean Donan Castle (tak, również z widokówek). A co do samej wyspy Skye…. moje słownictwo nie jest w stanie oddać zajebistości tego miejsca. Jest tak turbo epicko, że żadne miejsce, w którym do tej pory byłem nie jest w stanie konkurować. Nawet zjeżdżając na przydrożny parking możemy spodziewać się klifów, wodospadów czy innych atrakcji. Tu chyba każdy na swój prywatny wodospad na podwórku… (po powrocie do kraju odkryję, że krajobrazy z wyspy używane są do zaprezentowania możliwości telewizorów Ultra HD w jednej z sieci sklepów). Niestety mamy tylko jeden dzień, i to krótki, a właściwie pół – bo Loch Ness. Pod Old Man of Storr, który (skalny ostaniec) jest jedną z największy atrakcji wyspy nie udaje się nam dojść. Trasa do punktu widokowego na oko zajmuje koło 1,5h – my mamy 20 min… podchodzimy ile się da. Objeżdżamy wyspę dookoła, podziwiając co ma do zaoferowania, m. in. Nest Point Lighthouse – orgazm dla oczu. Aż chce się powiedzieć „o takie widoki walczyłem”. Po całym dniu zwiedzania ruszamy w drogę powrotną. Jeszcze tego nie wiemy ale kiepskie oznaczenia objazdów i zamknięta droga dołożą nam godzinkę jazdy do tego przepięknego dnia.

Dzień 4 – Glasgow, Lake District

Zbieramy się z samego rana. Tego dnia opuszczamy Szkocję i kierujemy się w stronę Lake District, aby zdobyc najwyższy szczyt Anglii – Scaffel Pike. Po drodze postanawiamy przespacerować się po Glasgow, które co prawda nie grzeszy zabytkami, no ale skoro już tu jesteśmy… W Glasgow spędzamy max 3 godziny – zwiedzamy muzeum i trochę przez przypadek stajemy się uczestnikami demonstracji (no bo jak już była to czemu nie dołączyć ;P). Do miejsca naszego noclegu (Irton Hall w Eskdale) docieramy już grubo po zmroku. Mieliśmy szczęście, bo za grosze udało się wyhaczyć wypasiony nocleg. Raczymy się odrobiną „angielskiej wódy na myszach” i kładziemy się spać bo rano czeka nas kolejna górka.

Dzień 5 – Scaffel Pike, Lake District, Windermere

Szybkie śniadanko i podjeżdżamy na parking (płatny) pod Scaffel Pike.

Parking Wasdale Car Park for Scafell Pike:

Jak zwykle mgła i w górnych partiach chmury, no ale niczego innego się nie spodziewaliśmy. Ruszamy pod górę wybierając drogę przez tzw. Brown Tongue. Szlak prosty, ściezka wyraźna – nie da się zgubić. Jak zwykle w połowie drogi wchodzimy w chmury – leje, mokro i wieje jak diabli. Tak będzie już do samego szczytu, gdzie na chwilę się przejaśni. Nie pamiętam dokładnie ile czasu zajęło podejście, ale wydaje mi się, że na parkingu meldujemy się po około 3 godzinach. Nie marnowaliśmy czasu jak pogoda nie sprzyja. Obok parkingu znajduje się pole namiotowe, gdzie bierzemy prysznic i ruszamy w dalszą trasę. Po drodze zatrzymujemy się w Windermere na Fish & Chips. Po obiedzie zbieramy się i kierujemy w stronę Walii. Nocleg mamy w schronisku młodzieżowym u stóp Snowdona, czyli najwyższego wzniesienia Walii. Wieczór podobny jak dzień wcześniej. Raczymy się odrobiną „angielskiej wódy na myszach” i kładziemy się spać bo rano czeka nas kolejna górka.

Dzień 6 – Snowdon, Aberaeron

Na Snowdon zbieramy się z rana.

Startujemy:

Co do pogody nie mamy większych złudzeń. Jak się później okazało, lało bardziej niż zwykle, więc w sumie było to jakieś urozmaicenie. Wybraliśmy szlak Snowdon Ranger. Szlak bardzo prosty, nawigacja również banalna – nie da się zabłądzić. Widokami jak wiadomo się nie nacieszymy, więc kolejna szybka akcja z cyklu weszli-zeszli. Byliśmy chyba jedynymi, którzy bezmyślnie w deszczu leźli na szczyt. Na wierzchołku tłoczno, ale wszyscy wjechali pociągiem…

Po zejściu przebieramy mokre ciuchy, które suszymy w środku w trakcie jazdy – po kilku dniach i tak z samochodu „czuć chłopem”. Wszystkie górki zrobione zgodnie z planem, więc czas na relaks. Jedziemy do New Quay, gdzie mamy zaklepany nocleg u walijskiej rodziny. Wieczorem za namową gospodarzy udajemy się do restauracji Harbourmaster w pobliskiej miejscowości Aberaeron, gdzie raczymy się świeżymi ostrygami (najlepsze jakie jadłem do tej pory – polecam). Raczymy się odrobiną „angielskiej wódy na myszach” i kładziemy się spać bo rano ….. eee, nie, nie ma już górek.

Dzień 7 – St Davids, Pembrokeshire, Saundersfoot, Tenby

Rano idziemy na śniadanko do gospodarzy. Opowiadają nam trochę o historii Walii i o języku walijskim. Za namową małżonki gospodarz śpiewa dla nas pieśń po walijsku. Język absolutnie niestrawialny, jeśli chodzi o pisownię, natomiast niezwykle melodyjny. Po śniadanku żegnamy się i ruszamy do St Davids – najmniejsze miasto o statusie city w Wielkiej Brytanii, z populacją liczącą niecałe 2000 mieszkańców. Znajduje się tutaj anglikańska katedra, jedna z najstarszych w Wielkiej Brytanii. Zwiedzamy, po czym udajemy się na Pembrokeshire Coast – przepiękne skaliste wybrzeże pełne klifów i form skalnych. Robimy masę zdjęć, wchodzimy na green bridge of Wales i ucinamy sobie pogawędkę z foką. Tego dnia odwiedzamy również Saundersfoot, gdzie znajduje się przepiękna plaża oraz Tenby – malownicze, nadmorskie miasteczko z fortem wybudowanym na wyspie.

Dzień 8 Stonehenge, Oxford

Dzisiaj w planach magiczne miejsce – Stonehenge. Ja wiem, że niby kupa kamieni, ale jako miłośnik fantasy karmiłem się wyobrażeniami na temat przeznaczenia i historii tego miejsca od zawsze. Stonehenge było na mojej liście rzeczy do zobaczenia na dość wysokim miejscu i nie mogłem sobie odpuścić. Przybyłem, zobaczyłem i nawet się nie zawiodłem. Dla zainteresowanych naprawdę solidna atrakcja. Dla mniej wrażliwych na takie zabytki – kupa kamieni…. Po południu docieramy do Oxfordu i od razu idziemy pozwiedzać. Dziwnym zbiegiem okoliczności zostajemy nawet wzięci za studentów i wpuszczenia na uczelnię – praktycznie pakując się na zajęcia. Udało się na szczęście ewakuować, a i zobaczyliśmy miejsca, gdzie wstęp mają nieliczni. Dzisiaj na kolację znudzeni już rybą z frytami wcinamy solidnego tureckiego kebaba.

Dzień 9 Londyn

Jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby chociaż liznąć Londyn i zdajemy sobie z tego sprawę. Plan mamy taki, że zostawiamy samochód koło stacji metra i zwiedzamy co się da w trakcie kilku godzin – przemieszczając się po mieście metrem właśnie. Udajemy się wiec szalony pęd, podczas którego zaliczamy: Trafalgar Square z Galerią Narodową, Piccadilly Circus, Pałac Buckingham, The Eye, Pałac Westminsterski, Tower of London, Tower Bridge a nawet peron 9 ¾ na dworcu Kings Cross oraz Harrodsa. Do Londynu muszę wrócić – i to na dłużej, bo miasto ma do zaoferowania naprawdę wiele. Odradzam cierpiącym na gawiedziowstręt, bo ludzi tam co niemiara. Wieczorem zbieramy się i jedziemy na lotnisko Londyn Luton, skąd odlatujemy do Katowic.

Trip był przedni. Na pewno wrócę do Szkocji. Na pewno wrócę do Londynu. W ogóle na chwilę obecną jedna z topowych wypraw jakie odbyłem (a kilka krajów już widziałem).

Tekst: Michał Wachowski