Niemcy

Zugspitze: wysokość 2962 m n.p.m., należy do pasma górskiego Wettersteingebirge znajdującego się w Alpach Bawarskich (Tyrolsko-Bawarskich Alpach Wapiennych) na granicy niemiecko-austriackiej w okręgu Garmisch-Partenkirchen. Nazwa góry pochodzi od częstych lawin (z niemieckiego: Lawinenzüge) schodzących w dół stromej północnej ściany.

Na Zugspitze planujemy wejść drogą przez dolinę Höllental. Jest to jedna z ciekawszych i ambitniejszych dróg na ten szczyt. Najpierw prowadzi przez malowniczy wąwóz, później przez dolinę aż do lodowca i przez (szczątkowy) lodowiec, a finalnie na szczyt dostajemy się łatwą via ferratą.

Na parkingu meldujemy się około 5 rano. Po wrzuceniu kilku euro do parkomatu ruszamy pod górę, by po krótkim podejściu dojść do wejścia do wąwozu. W ciągu dnia pobierane są opłaty za wstęp, natomiast w nocy oraz o wczesnych godzinach porannych opłaty nikt nie pobierał, a bramki były otwarte.

Wąwóz Höllentalklamm rozciąga się na długości około 700 metrów, a jego ściany sięgają około 150 metrów. Droga prowadzi częściowo tunelami wykutymi w skale, półkami skalnymi, oraz mostkami wijąc się między oraz pod wodospadami, oraz strugami wody spływającymi z góry. Kto nie zaopatrzy się w odzież przeciwdeszczową, wyjdzie mokry jak kura!!!

W wyższych partiach wąwóz rozszerza się i wąską dróżką prowadzi nas do doliny, u której wejścia znajduje się schronisko Höllentalangerhütte (1387 m n.p.m). Tam robimy sobie krótki postój na wprowadzenie w przewód pokarmowy śniadania. Spod schroniska rozpościera się ładny widok na cały masyw Zugspitze.

Jednak czas ruszać dalej… Po około pół godzinnym marszu docieramy do pierwszych sztucznych ułatwień. Najpierw drabinką, później wzdłuż kolejnych sztucznych ułatwień dochodzimy do miejsca zwanego „Das Brett” (deska). Jest to trawers ściany skalnej po powbijanych prętach nad urwiskiem. No i nie wiedzieć czemu akurat w tym miejscu coś mnie pokusiło o zdjęcie plecaka (nie mam pojęcia, czego w takim miejscu mogłem w nim szukać). W trakcie tej czynności tak niefortunnie zahaczyłem o przytroczony aparat fotograficzny, że poleeeeeciał w dół urwiska. W sumie i tak nie umiem robić zdjęć… ale mimo wszystko szkoda. Od napotkanych turystów, którzy byli niżej i widzieli jak spada, uzyskuję potwierdzenie, że nie ma czego zbierać. No cóż… żona mnie zabije…

Nie płącząc nad rozlanym mlekiem (chociaż może trochę marudziłem) ruszamy dalej, by po przejściu moreną podejść pod lodowiec. Tu ubieramy raki i ruszamy pod górę. Lodowiec jest szczątkowy i łatwy. Były osoby, które pokonywały go bez raków. Ja natomiast takie pomysły stanowczo odradzam, bo po pierwsze kosztuje to więcej wysiłku, a i o wypadek nie trudno.

Lodowcem idziemy około pół godziny, dochodząc do ściany, na której założona jest kolejna via ferrata. A pod ścianą… Istny cyrk. Kolejka (czekamy prawie godzinę), ludzie, którzy nie nawykli do tego stopnia trudności, wiszą na linach, panikują, wręcz płaczą wciągani przez przewodników. Przewodnicy pchają się bez kolejki, wywołując protesty wśród innych czekających, ale mają to gdzieś. Kiedy przychodzi moja kolej, wpinam się w stalową linę i już mam zacząć podejście… gdy pojawia się przewodnik i bez słowa wyjaśnienia wypina moje zabezpieczenie — wpinając jednocześnie swoich klientów. Próbuję z nim dyskutować, lecz bezskutecznie. Wchodzi kilka metrów wyżej i zaczyna budować dodatkowe stanowisko asekuracyjne dla swoich klientów. To potrwa wieczność… Decyduję się nie czekać – wchodzę przed jego grupę i pnę się do góry, na co przewodnik zrzuca mi na głowę (niby przez przypadek) linę. Dochodzę do niego i w kilku krótkich zdaniach mówię, co myślę o nim, jego rodzinie itp. Chamstwo nie ma granic. Co to za przewodnik, który swoim zachowaniem doprowadza do zagrożenia zdrowia lub życia innych turystów górskich.

Zdecydowałem się darować mu życie i ruszam dalej. Droga już od tego miejsca do samego szczytu prowadzi via ferratą. Ekspozycja jest umiarkowana, trudności niewielkie. Niektórzy korzystają ze sprzętu asekuracyjnego, inni nie. Niezależnie od tego, jak mocny kto się czuje, uprząż i lonżę warto przy sobie mieć w razie pogorszenia warunków pogodowych. Po około 2 godzinach docieram na szczyt – tam tłok, ciężko się dopchać. Robię więc zdjęcie i schodzę. To, co znajduje się pod szczytem woła o pomstę do nieba: bary, restauracje, sklepy z pamiątkami, kolejki wjeżdżające z każdej strony, nawet budki z kiełbaskami, no i oczywiście cała masa ludzi. Tak jak by ktoś na szczycie Rysów otworzył wesołe miasteczko. Zupełnie nie moja bajka. Decyduje się więc na natychmiastową ewakuację na dół. Najpierw kolejką, później pociągiem dojeżdżam do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód.

Czas wejścia: około 8h

Wymagany sprzęt:

– kask, uprząż, lonża
– raki, kijki
– przydatne rękawice
– odzież przeciwdeszczowa (wąwóz)